Z cyklu “Tomek poszedł do kina” :).
Za namową mojej mamy poszedłem dzisiaj do kina. Mama i siostra poszły na “Nie kłam kochanie”, zaś ja na “Sierociniec”. Film uznałem za wyśmienity :).
Pierwsze co mnie rozwaliło to język. Przywitały mnie napisy w jakimś dziwnym języku (obstawiałem włoski). Okazało, się że film jest hiszpański. Po raz pierwszy od dłuższego czasu czytałem w kinie napisy :). Zwykle, gdy oglądam film po angielsku, to nie czytam napisów (a jeśli mam taką możliwość to je wyłączam). Tak mi wygodniej, poza tym dzięki temu nierzadko więcej z filmu pojmuję. Przyznam, że oglądanie filmu w języku, którego się nie zna jest trudne. Trzeba się koncentrować zarówno na obrazie jak i na napisach…
Co do samego filmu to bardzo mi się on spodobał. Psychologiczny thriller z bardzo zaskakującym (nie tak jednoznacznie szczęśliwym) zakończeniem. Historia opowiedziana jest tak, żeby widz nie miał za dużych szans na jej rozpracowanie przed końcem filmu. Pozornie mało znaczące fragmenty okazują się być kluczowymi elementami fabuły. Co do samej fabuły. Film gra na uczuciach i to dość poważnie. Ludzie, którzy są jakoś wybitnie wrażliwi na problemy dzieci powinni sobie raczej tą pozycję odpuścić. Najbardziej podoba mi się to, że nie było żadnej bezpośredniej rzezi - w zasadzie przez cały film giną trzy osoby. “Sierociniec” poniewiera widza psychologią a nie krwawą jatką, flakami i bezsensowną przemocą. Jak dla mnie zdecydowany plus.
Chciałbym jeszcze na zakończenie wspomnieć o jednej sprawie. Moją uwagę zwróciła pewna dziewczyna (jak na moje oko 24 lata +/- 1 rok), która siedziała niedaleko mnie (swoją drogą całkiem atrakcyjna). Weszła do sali, usiadła, założyła okulary, otworzyła butelkę wody mineralnej, wyłączyła komórkę i oglądała film (pozwoliłem sobie odrobinę obserwować jej zachowanie). Zainteresowało mnie również coś innego - obecność całej masy ludzi, którzy przyszli na seans spodziewając się kolejnego amerykańskiego-lekkiego-horroru-bez-większego-sensu. Ludzie ci byli wyraźnie znudzeni tym filmem, co wyrażali poprzez uporczywe hałasowanie przy pomocy popcorn’u, kubków i słomek z colą, komórek (jak mnie wnerwia gadanie przez telefon w kinie) oraz rozmów. Ta grupa była niestety dużo bardziej liczna od grupy reprezentowanej przez wspomnianą przeze mnie kobietę. Tak sobie później pomyślałem, że ona wiedziała na co idzie. Przyznam, że ja nie wiedziałem na co się piszę, aczkolwiek film mnie wciągnął. W związku z tym pozwolę sobie sobie końcowo zakwalifikować siebie do tej pierwszej, mniej licznej i bardziej elitarnej grupy widzów :).
Reasumując: polecam wszystkim, którzy nie boją się filmów grających na psychice i emocjach.
PS. W kinach powinny być sale dla palących…

o prosze… na mnie czeka ten film na dysku:) Po Twoim poście chyba się pospieszę z seansem:) Pozdrawiam.
Pospiesz się. Nie będziesz żałowała.
Dzięki za komentarz i za pozdrowienia ;).